2011-07-24 19:55:14 >> Powyjazdowe refleksje

Kilka lat minęło od piątej części „Nagrobka mojego serca”. Dokładną datę należałoby sprawdzić w półmrocznych czeluściach tego bloga, a nie mam obecnie dostępu do tychże. Szukałem dziesiątkami miesięcy inspiracji, by stworzyć coś równie monumentalnego, co ostatnie wynurzenia zniszczonego tragiczną miłością romantycznego wojownika, jednak nic szczególnego nie przychodziło mi do głowy. Nawet kolejne niepowodzenia w sprawach sercowych nie zainspirowały mnie do spłodzenia kolejnej części wspomnianej pentalogii. Tradycji niby musiało się stać za dość, jednak cóż począć, gdy serce chce, a głowa nie pracuje. A rozum nie działa, gdyż przez te wszystkie lata hurtowych niepowodzeń zatracił chyba zdolność do jakiegokolwiek konstruktywnego myślenia. Skoro nie można zgasić serca, umysł sam włącza barierę ochronną. W poszukiwaniu ukojenia ducha i rzeczonej inspiracji udałem się na Bałkany, by ponapawać się niesamowitymi widokami, poznać ludzi z całego świata i skosztować regionalnych przysmaków; od Węgier aż po Czarnogórę. I tak było – niesamowite wrażenia wizualne w Bohinju, który z miejsca określiłem najpiękniejszym miejscem na ziemi, kąpiel w samotności pod Triglavem, potem jeszcze mocniejsze doznania w Plitwicach + turkusowe oazy spokoju okraszone śródziemnomorskim klimatem i iście afrykańską wilgotnością... Następnie Nowy Sad i przecudowny zachód słońca obejrzany z perspektywy twierdzy Petrovaradin, rozpościerający się ponad dachami miasta oraz tęczowym mostem. Ten widok porównać można było tylko do poranka przy Starym Moście w Mostarze dwa i pół roku temu, gdy siedząc na leciwych kamieniach jadłem śniadanie w towarzystwie fruwającego nad głową dumnego kormorana, a w oddali widać było lśniący na górze krzyż. W innych okolicznościach tego typu monumentalne doznania sensoryczne spowodowałyby gwałtowny przypływ inspiracji, który starczyłby na kolejne kilkanaście części „Nagrobka” i jeszcze kilka nowych utworów do mojego nigdy nie skończonego concept albumu (od czterech lat nadal mam jedynie dwa teksty). Jak to się mówi niezbyt ładną parafrazą – kryzys twórczy to dziwka, a potem się umiera. Wyczekiwanie na nie wiadomo co, kolejne urojone miłości, które grzebię na cmentarzysku umarłych marzeń... I tak teraz, w tym klaustrofobicznym pociągu, w dwunastej dziś godzinie podróży, nachodzi mnie refleksja: po co to wszystko? Dziś napisałem Przyjacielowi, że piękny to czas na śmierć. Pozamykałem wszystkie sprawy, zakończyłem pracę, wróciłem z podróży, nie jestem uwiązany łańcuchami żadnego toksycznego związku, po raz kolejny utraciłem wszelką radość kłócąc się z Mamą... Z drugiej strony żadnych perspektyw: szare nudne życie, bezrobocie, brak akceptacji otoczenia, brak zrozumienia, brak miłości, nadopiekuńczy rodzice, obawa co będzie jutro zarówno pod względem finansowym, jak i życiowym, świat staczający się na dno, w którym nie ma żadnych wartości, w którym liczy się jedynie wizerunek, wygląd i wrażenie, w którym nikogo nie obchodzi Prawda, prawdziwe Piękno i Dobro. Dziś mógłbym odejść Bezboleśnie, ot tak... Wczoraj późnym wieczorem poszedłem nad Dunaj pożegnać się z Mostem Samobójców i zapragnąłem latać. Poczuć się jak Ikar... a może wspiąć się na Górę Gellerta i pofrunąć choć chwilę ponad głowami niedowiarków, by ostatecznie runąć w zarośniętą mułem pseudomodrą otchłań legendarnej rzeki... „Lecieć w nieba toń i uwolnić się od ziemi trosk...” jak śpiewał nieodżałowany Krzysiek Ostasiuk. Jak na ironię – dziś niedziela – Ta Ostatnia Niedziela vel Szomoru Vasarnap – czas samobójców. Jak nie z Góry lub z Mostu, to może po prostu pod pociąg. Tor 10 Dworca Głównego w Krakowie i myśl: skoczyć – nie skoczyć... Tłum ludzi pędzących do wagonu, a w mojej głowie mętlik, tysiące sprzecznych myśli, bijące się ze sobą miliardy różnych skrawków osobowości... I obraz policjanta dzwoniącego do Mamy zawiadamiającego o mojej śmierci. „Przykro mi, ale Pani syn zginął pod kołami pociągu na dworcu w Krakowie. Prawdopodobnie było to samobójstwo”. Ciekawe jaka by była Jej reakcja, gdyby skojarzyła to sobie z naszą ostatnią rozmową i zylionową kłótnią o to samo. Uparty charakter chyba odziedziczyłem po Mamie. Do niczego nikt nie jest w stanie mnie przekonać, mam własne zdanie na każdy temat i jestem głuchy na jakiekolwiek argumenty. Tak już mam. Taki jestem. Zaakceptowałem to i oczekuję tego samego od innych. Ale właściwie po co... łatwiej by było umrzeć... Potraktować tę notkę jako list pożegnalny, dołączyć do Klubu 27. Ale napięcie się zbiera i w końcu pęknę jak spekulacyjna bańka w dzień, kiedy straciłem sporo pieniędzy zainwestowanych w srebro. A wtedy moja krew obryzga ręce wszystkich tych, którzy się przyczynili do tego, w jakim stanie się znalazłem. Tych, którzy nie rozumieli, tych, którzy szydzili, tych, którzy chcieli zmieniać, tych, którzy odrzucili. A tam – po drugiej stronie - nie będę już nigdy sam. Choć jak mówiła starsza pani z „Donnie Darko”, której imienia nie pomnę, „każdy umiera w samotności”. Swoją drogą cóż za niespodzianka, że edytor OpenOffice w automatycznym uzupełnianiu ma już zapamiętane „samotność” gdy klikam literę „s”... Jeśli dożyję, to zrobię sobie werterowski wieczór ze świecami, kadzidełkami, winem i smutną muzyką. Dziś chyba nie zdążę... W końcu sklepy będą pozamykane. Autobus z Budapesztu spóźnił się o godzinę, bo na Zakopiance taki korek... W efekcie jadę późniejszym pociągiem. W domu będę około północy. Potem sen... I od jutra ostatni tydzień luzu, regeneracja sił i początek przygody z firmą. Z moją psychiką zachciało mi się być biznesmenem. Kolejna rzecz, która wpędzi mnie do grobu. Ale – w sumie – im szybciej, tym lepiej. Byle bez bólu. Z doświadczenia wiem jednak, że ci, którzy tak bardzo chcą umrzeć, to żyją długie lata w cierpieniu. Najpierw Prababcia, potem Dziadek... oboje modlili się o śmierć. Teraz Babcia w domu starców siedzi z książeczką pod tytułem „Modlitwy o spokojną śmierć”. Jak to mówił abp Desmond Tutu, „Bóg ma poczucie humoru”. Zaznałem wielu emocji, wiele przeżyłem – tak wewnętrznie – jednak nigdy nie zaznałem tego, co wszyscy znajomi mężczyźni, których to spotkało, nazywają najszczęśliwszym, co im w życiu dał Pan. Mowa o ojcostwie. Ale pewnie i to nigdy mi nie będzie dane. Zresztą – co ze mnie by był za ojciec? Niezrównoważony emocjonalnie despota z tendencjami do depresji i paranoi. Po co karać tak dziecko. Zresztą za parę lat Jewrosojuz by i tak mi je zabrał ze względu na moje poglądy. Przecież już redaktora Terlikowskiego wygwizdali w Hiszpanii, gdy powiedział, że swoim dzieciom mówi, że homoseksualizm to coś nienormalnego. Dziennikarz mówił, że tamtejsza lewacka młodzież stwierdziła, iż takim jak on należy odbierać dzieci. Zresztą osobiście się z taką opinią ze strony pewnego młodego użytkownika pewnego internetowego forum, który jako jedyny przez blisko 10 lat mojej tamże bytności otrzymał ode mnie wpis na „czarną listę”. Za ten tekst właśnie. A to idzie do nas – w Ameryce rodzice nie mogą leczyć dzieci u zielarzy, jeśli lekarz zaleca kurację konwencjonalną, to urzędnik decyduje o losie dziecka, a nie rodzic. To jeden z miliarda przykładów. Ale nie o tym ten wpis. Taki to efekt tej mojej podróży. Miałem wyjechać, by naładować baterie. Wrócić i z pełną parą zabrać się za rozkręcanie interesów. Jak zwykle gówno z tego wyszło. Wystarczyła jedna rozmowa telefoniczna z Mamą, kilka uświadomionych sobie spraw i złudnych nadziei i... baterie znów są na poziomie zero. Musiałbym chyba zamieszkać gdzieś na bezludnej wyspie, bez telefonu, internetu i jakichkolwiek turystów. Tylko ja, góry i jakieś jezioro... tylko co i za co jeść...I tu kolejny problem i źródło permanentnej depresji: ocenianie ludzi po wyglądzie i przez to moje kompleksy. To, że człowiek wygląda jak ludzik Michelin dziś sprawia, że od razu jest na przegranej pozycji. O tym notkę już pisałem. Kiedyś na OKCupid robiłem taki test na osobowość w związkach i było tam mniej więcej takie zdanie „jak już wszystkie przystojniaczki będą wychowywać niechciane dzieci, porzucone przez nich kobiety będą Ci wpadać w ramiona”. I to – niestety – może być smutna i realna perspektywa. Brutalnie mówiąc – kolekcjoner odpadów. Jak już nikogo taka nie znajdzie, ktoś jej złamie serce, staropanieństwo zapuka do drzwi, to się zadowoli takim potworem jak ja. Nie tego chcę od życia. Chcę być – kurwa – opcją numer jeden, a nie ostatnim rezerwowym. Od blisko dekady prowadzenia tego bloga nie zmienia się prawie nic. Zmieniają się imiona niespełnionych miłości, zawodzących mnie ludzi, nazwy miejscowości ale w gruncie rzeczy wszystko to łączy się w jedną, gigantyczną sekwencję niespełnionych marzeń, mesjańskich idei, ikaryjskich lotów i niemożliwej do opisania słowami frustracji. Wspominany wcześniej Ostasiuk śpiewał też „nie, nie będę nigdy zgorzkniały jak wy”. Ale dla mnie jest już za późno. Zgorzkniałem gorzej niż najbardziej „Gorki List” z Suboticy. Ta cała passa porażek uczyniła ze mnie cynika, choć to taki naiwny cynizm (jak sam się określa autor „Najwyższego Czasu!” - Marek Arpad Kowalski). Naiwny, bo wciąż łudzący się, że pojawi się jakaś nieskalana światem duszyczka - eteryczna dziewica w białej, przemokniętej deszczem sukience - i pozwoli się chwycić za dłoń, by odejść razem w kierunku zachodzącego słońca, z przewieszoną przez plecy gitarą, po piaskach pustyni życia, po umarłych czaszkach wrogów serc... I wtedy, po jakimś czasie, ten cynizm pryśnie. Ale to musi być czas bezwzględnej, nieograniczonej, bezwarunkowej miłości i akceptacji. Moje skołatane serce potrzebuje nieustannych zapewnień, nieustannej świadomości, że ten ktoś jest obok... A dziś tak ciężko tego od kogokolwiek wymagać. Mija kolejna godzina... Dojeżdżamy do Łodzi. Czas kończyć ten wpis, z nadzieją, że ktokolwiek to przeczytał i zostawi po sobie ślad...



Wygryzionym piórem naskrobał Kwaheri Mpenzi

skomentuj (13)




Lay by: Blue
For: Szablony_33
* O mnie*
Nie lubię tłumu, bo jest zawsze głupi - w przeciwieństwie do jednostek, gdyż takowe zdarzają się mądre. Jestem cyniczny, ironiczny, śmiertelnie idealistyczny i złośliwy. Nie wierzę w dobre intencje polityków ani żadnych innych złodziei, którzy chcieliby zabrać nam nasze pieniądze, by dać je komu innemu lub ograniczyć wolność jednostki. Wierzę jednak, że są wśród nas anioły - róże na betonie, diamenty na szczycie sterty ekskrementów. Oceniam ludzi pochopnie i brakuje mi miłości do nieprzyjaciół. Ale jestem sobą i jestem z tego dumny.


* Linki *
Tego słucham...
Delayed Flight Mój projekt muzyczny
Playlista Tego słucham
All Music Guide Największa strona o muzyce
Melodic Rock Strona o muzyce której słucham

Czasem zaglądam...
Leffmeister Inteligentnie absurdalne spojrzenie na świat
Trudne Rozmowy Blog Mirasa
Loriel Interesting :-)
Dziennik przemyśleń Młody Dżemowiec
Nesska Nesska
Paulinka Zaklęta w samotność
Zautra O hurrwa...

Tu mnie łapcie...
E-mail: vikkiroxx@gmail.com
Gadu-Gadu 1717633



* Księga Gości *
Zobacz Wpisy
Wpisz Się




* Archiwum *
2011
lipiec
czerwiec
2010
czerwiec
2009
czerwiec
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
maj
marzec
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
kwiecień
marzec
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
czerwiec
maj
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
sierpień
lipiec
czerwiec



* O Lay'u'*
Lay by: Blue
For: Szablony_33